Więcej...
Tutaj jesteś:   Strona główna  /  Henryk i Stanisława Witaczkowie  /  Czas wojny w Żółwinie
  • Plantacja morwy w Żółwinie  (ze zbiorów Miasta Milanówka)
  • Dwór w Żółwinie w 1940 r.  (ze zbiorów Miasta Milanówka)

Czas wojny w Żółwinie

Komisarz narzucił CDSJ pod uprawę morwy opuszczony majątek Żółwin, koło Podkowy Leśnej. Beata Witaczek-Nehring przechowywała „kwity” kupowanego na raty żółwińskiego folwarku od Michała Natansona. Henryk Witaczek zakupił majątek wraz z długami z uwzględnieniem wszystkich wątpliwości pana Natansona i ewentualnych tzw. obiektywnych zmian.

Relacja Joanny Prosińskiej-Giersz: „Gospodarstwem zajmowała się Krystyna Wojciechowska, ziemianka wysiedlona z majątku Słomów w Poznańskiem (…) Kiedyś zjawiły się Jadzia i Józia, przemiłe góralki spod Iwonicza, dostały pracę w kuchni i do końca wojny mieszkały z nami. Ciocia Stasia (Stanisława Witaczek) spotkała siedzącego przy drodze i płaczącego jak dziecko młodego Francuza, Alzatczyka, uciekł z wojska niemieckiego. Monsieur Albert zamieszkał w Żółwinie, ustaliliśmy, że w razie niemieckiej kontroli jest głuchoniemym krewnym Witaczków. Spędził z nami okupację, potem wrócił do kraju.

Majątkiem administrował jakiś czas pan Konstanty, miał bardzo semickie rysy. Henryk musiał znaleźć mu inne schronienie, a tu zastąpił go Feliks Morawski. Mieszkał z nami też Konstanty Neuman, wybitnie inteligenty chłopak, okupacyjne nazwisko Stanisław Ogorzałek a dla nas Staś Gigant. Ojciec w ostatniej chwili uciekł z nim z dworu przez okno, matkę zastrzelili Niemcy; przed wojną byli właścicielami majątku w Wiązownej i chyba huty na Ślasku. Polecił syna opiece Witaczka, sam ukrył się gdzieś indziej. Wszyscy pamiętali, że w razie wizyty Niemców w majątku  czy innego niebezpieczeństwa należy Stasia ukryć (…)

Była z nami też czteroletnia Roma. Miała bardzo semickie rysy, smagłą cerę, kręcone włoski. Często przesiadywała u mnie w pokoju, chciałam przefarbować jej włoski, by ją uratować, ale najwięcej czasu poświęcała jej ciocia Krysia, później żona Janusza Korejwo.

Tyle osób kręciło się w majątku, stali pracownicy – pokojówki i kucharki, także okoliczni chłopi wiedzieli, co się tam wyprawia, i nikt nikogo nie zadenuncjowal. Tuż po wojnie mama Romy napisała z Wiednia list dziękczynny i przekazała ogrmny kryształowy wazon mojej mamie za uratowanie jej córeczki.

Co jakiś czas, jak trzeba było kogoś wyciągnąć z rąk gestapo zapraszano do Żółwina Maxa. Przyjeżdżał w oficerskim mundurze z młodą, bardzo atrakcyjną Polką, podobno w Niemczech miał żonę i dzieci, mówił płynnie po polsku. Byli podejmowani sutym poczęstunkiem tylko w obecności Henryka i mojej mamy, nie chciał by ktokolwiek go widział, potem panowie zamykali się w gabinecie i w cztery oczy uzgadniali cenę i sposób uwolnienia danej osoby. Mamusia w tym czasie zabawiała jego towarzyszkę.

(…) W domu panował miły klimat, w dużej mierze to zasługa mamy, ona stwarzała nastrój ogólnej serdeczności, poddawała Henrykowi wiele pomysłów, ale stała w jego cieniu.

Potem podobieczni Witaczka wyfruneli z Żółwina jak ptaki z gniazda; majątek skonfiskowano, musieliśmy się wyprowadzic. Ktoś zaproponował Henrykowi wspólne prowadzenie biznesu w Stanach. Mógł przerzucić tylko 2 osoby – na co Henryk odparł – albo z całą rodziną albo wcale…”.


Ze wspomnień Beaty Witaczek-Nehring: „Żółwin natychmiast stał się przytuliskiem dla wygnańców z Poznańskiego i Kresów Wschodnich i w końcu dla Warszawiaków (1944 r.). W różnych okresach przebywali tam: Maria Dąbrowska, Anna Kowalska, Ewa Szelburg-Zarembina, Stefan Krzywoszewski, Ferdynand Ossendowski. W Żółwinie prowadzono w dalszym ciągu doświadczalne wychowy jedwabników i kursy instruktorskie. Wielokrotnie przebywały tam osoby zaangażowane w konspirację, którym potrzebna była okresowa zmiana miejsca pobytu. Często znajdowały się też tam osoby pochodzenia żydowskiego”.

Relacja dr W. Dońskiego: „…Podczas okupacji zostałem zaangażowany przez ob. Henryka Witaczka w ośrodku Żółwin należącym do CDSJ w Milanówku. Do obowiązków moich należało nie tylko leczenie pracowników tego ośrodka, ale i wszystkich ludzi ze wsi Żółwin, którzy zgłaszali o pomoc. A więc prawie wszystkich. Oprócz mnie w Milanówku przy CDSJ był jeszcze inny lekarz, który specjalnie leczył robotników i ich rodziny. Leczenie to odbywało się całkowicie na koszt ob. Witaczka, jakkolwiek opłacał on wszystkie składki za swoich pracowników w Ubezpieczalni. Nie tylko jednak leczenie, ale i wszystkie leki były dawane bezpłatnie, niejednokrotnie bardzo kosztowne, jak np. zastrzyki złota, a również i drogie odżywki witaminowe dla dzieci pracowników. Akcja leczenia wzmogła się niebywale na sile po Powstaniu, gdy tysiące ludu przechodziło przez Żółwin i okazywało im się pomoc lekarską, a ponadto około 200 osób ob. Witaczek przyjął w ogóle w Żółwinie na mieszkanie, lokując ich w domu żółwińskim, w szkole i w wielu wynajętych w tym celu mieszkaniach we wsi Żółwin. Wielką pomoc okazywał wówczas ob. Witaczek wszystkim okolicznym szpitalom: w Podkowie Leśnej, w Milanówku, w Pruszkowie, w Grodzisku, dostarczając im wielkie ilości bielizny dla chorych wygnańców, środki opatrunkowe, jak watę i gazę, bandaże (specjalnie wyrabiane w tkalni CDSJ), środki dezynfekcyjne, jak riwanol, jodyna, woda utleniona a nawet kilkadziesiąt sztuk pięknych narzędzi chirurgicznych.

Ob. Witaczek czerpiąc jedwabie z magazynów Stacji Jedwabniczej uruchomił 2 szwalnie, poza tym szycie po domach bielizny, odzieży, watówek i zorganizował miarowe rozdalnictwo tych przedmiotów zarówno w Żółwinie, jak i w Milanówku.

Byłem również świadkiem przechowywania w Żółwinie osób żydowskiego pochodzenia i Żydów oraz pomagania im w różny sposób. Mogę śmiało powiedzieć, że nie spotkałem się nidgy w życiu ze zjawiskiem tak wielkiej ofiarności i opieki, jaką otaczał ob. Witaczek wszystkich, którzy byli od niego zależni, i wszystkich nieszczęśliwych potrzebujących pomocy. Witaczek nie czekał, aż go poproszono, lecz sam organizował ludziom pomoc, sam ich wyszukiwał po stodołach chłopskich, sam wyławiał chorych po wsi, sam przywoził do Żółwina staruszki i matki z dziećmi spotkane na drodze, wygnane z Warszawy.

Obserwowałem jednocześnie jego nader skromne życie i wielką pracowitość (…)”.

  2016  /  Henryk i Stanisława Witaczkowie  /  Ostatnie uaktualnienie: Styczeń 17, 2016 przez Bartek Krupa  / 

Ta strona korzysta z plików cookie ("ciasteczka"). Pozostając na niej, wyrażasz zgodę na korzystanie z cookies. Dowiedz się więcej...

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close