Więcej...
Tutaj jesteś:   Strona główna  /  Henryk i Stanisława Witaczkowie  /  Pomoc dzieciom

Pomoc dzieciom

Relacja dr Marii Wierzbowskiej, lekarki i dyrektorki Zakładu ks. Boduena w Warszawie: „W czasie Powstania Warszawskiego w końcu sierpnia 1944 r. otrzymałam z niemieckiej komendy wojskowej rozkaz ewakuacji Zakładu z Warszawy. Zakład miał w tym czasie pod swoją opieką około 400 dzieci w wieku od kilku miesięcy do 4 lat (w tym niemal połowę chorych z powodu przebywania w ciągu kilku tygodni w piwnicach w okropnych warunkach higienicznych), kilkadziesiąt matek oraz personel opiekuńczy i administracyjny. Ewakuacja miała nastąpić w ciągu 24 godzin pod groźbą zbombardowania i spalenia budynków i wypędzenia wszystkich wraz z dziećmi do obozu.
Dyrektor H. Witaczek, dowiedziawszy się o tragicznej sytuacji, w jakiej znalazł się Zakład, wyraził natychmiastową gotowość przyjścia z pomocą. Odstapił Zakładowi budynek nowowybudowanego magazynu tkanin z centralnym ogrzewaniem oraz ogromną nową halą. Zarządził opróżnienie wymienionych pomieszczeń, tak iż w ciagu 48 godzin mogliśmy umieścić tam dzieci, matki, personel w liczbie ok. 500 osób oraz uratowany inwentarz Zakładu.
Potrzeby życiowe takiej liczby dzieci i osób dorosłych były duże. Niezbędne było urządzenie kuchni, pralni, doprowadzenie wody dla kąpieli dzieci, wywożenie nieczystości, zorganizowanie transportu żywności itp. Pociągało to za sobą wiele kosztów, przystosowania budynków, wiele trudów i niewygód dla CDSJ. Wszystko to jednak spełniał dyrektor H. Witaczek, nie żałując materiałów, robocizny, własnego trudu, narażając nawet niektóre urządzenia na zniszczenie, z całą gotowością, jedynie i wyłącznie mając na celu ulżenie niedoli dzieci.
Z tej niespotykanej gościnności CDSJ korzystał Zakład w ciągu 3 miesiecy tj. do końca listopada 1944 r. W tym czasie Dom ks. Boduena został znowu przesiedlony do Nowego Targu. Na terenie CDSJ pozostał po wyjeździe Zakładu oddział Domu ks. Boduena jako ekspozytura dla dzieci i matek potrzebujących opieki oraz część dzieci chorych z personelem. Dyrektor H. Witaczek pozostawił do dyspozycji na ten cel nadal jeden z budynków, z którego Zakład korzystał do maja 1945r.”.

Henryk Witaczek: „Decyzję jak najdalej powzięlismy z siostrą bez wahania. Jakże? Dom Boduena i warszawskie dzieci! Natychmiast więzliśmy się do roboty. Opróżniony został ze składowanych zapasów nowy, nie wykończony jeszcze budynek fabryki. Zaraz po nadejściu pierwszego pociągu zostali zwolnieni z pracy wszyscy robotnicy, którzy do głębi wzruszeni pomagali przy wyładunku. Robotnicy zaś ze zmiany nocnej sprzątali tymczsem wyznaczone na początek pomieszczenia, naprawiali kuchnię, instalacje elektryczne, wodne, centralnego ogrzewania. Większości z nich przecież nie były obojetne nasze polskie, niebezpieczne, wymagające solidarności i zaufania sprawy. Wielu pracowników było czynnie zaangażowanych w szeregach różnych konspiracyjnych organizacji. Było to najlepsze, niezawodne ogniwo, wiążące jakby w jedną rodzinę całą załogę CDSJ”.

„Dom ks. Boduena 1939-45” Adama Słomczyńskiego. Autor książki był historykiem. W okresie okupacji był zastępcą kierownika tajnego archiwum Wojskowego Biura Historycznego AK.
„Od początku z Zakładem utrzymywała bezpośredni kontakt Stanisława Witaczkówna, siostra Henryka, który wtedy zajmował się głównie pobliskim Żółwinem. Pani Stanisława dysponując zapasami fabryki, hojnie przydzielała materiały na bieliznę, dawała całe sztuki jedwabiu, sienniki, siano. Za łoża służyły jedwabnicze żerowiska. Jakże mile widziane były kryte jedwabiem ciepłe watowane tzw. witaczkowskie kurtki (…) Dzięki pomocy pp Witaczków właściciele Szczęsnego (pod Grodziskiem), Skokowscy, dostarczali prócz kartofli i dwóch konwi mleka, także i zboże, które potem Maria Bagińska mełła w zaprzyjaźnionym młynie, a wskazany przez Witaczków piekarz wypiekał chleb bez urzędowych wykiwań i ceregieli.
(…) W fabryce nieustanny zamęt i coraz groźniejsze naloty gestapo. Wpadają rozżarci, wrzeszczą, obstawiają cały teren, szczegółowo legitymują, obliczają obecnych i następnie zabierają „podejrzanych”, lub według nich niepotrzebnych. Trzeba interweniować, jeździć, szukać protekcji lub po prostu przy pomocy Witaczków podsuwać łapówki w postaci… jedwabiu bądź laboratoryjnego spirytusu. Stosunkowo najłatwiej o interwencje w podobozie przejściowym w Grodzisku Mazowieckim. Udaje się więc stamtąd wyciągnąć pani Marii (Wierzbowskiej) 14 młodych piastunek, 2 pielęgniarki i młodego Rysia Potrzebowskiego”.

  2016  /  Henryk i Stanisława Witaczkowie  /  Ostatnie uaktualnienie: Styczeń 17, 2016 przez Bartek Krupa  / 

Ta strona korzysta z plików cookie ("ciasteczka"). Pozostając na niej, wyrażasz zgodę na korzystanie z cookies. Dowiedz się więcej...

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close